W lipcu 2007r. otrzymaliśmy zgłoszenie o braku zabezpieczenia przed słońcem i dostępu do wody, konia pozostawianego na pastwisku. Nasz inspektor spotkał się z hodowcą, zwizytował gospodarstwo, stwierdził obecność 7 koni zimnokrwistych, w dobrej kondycji. Wydał zalecenia pokontrolne. Właściciel koni wylegitymował się jako członek Związku Hodowców Koni i opowiedział swoją wieloletnią historię hodowlaną. Potwierdził, że jest mu coraz ciężej w związku z chorobami, które zaczynają go nękać, co uniemożliwia sprawowanie prawidłowej opieki nad końmi, ale zaznaczył, że kiedy trafia do szpitala końmi opiekują się synowie.
Interwencja powróciła do nas w kwietniu 2008r. Po niespełna roku, sytuacja koni bardzo się pogorszyła. Te stojące na łące, a właściwie szkolnym boisku, nie wyglądały jeszcze tak źle, jak te pozostawione w stajni, która dawno nie wiedziała gospodarza. Stosy obornika, tworzące prawdziwe góry, niepielęgnowane kopyta wyglądające jak płetwy, panująca ciemność. Nie lepiej miały łańcuchowe psy w tym gospodarstwie. Inspektorzy sprawdzili dokumentację koni: Trynidad ur.2007, Truda ur.1996, Toska ur. 2007, Trynida ur. 2002, Tercja ur. 2006, Tatryk ur.2005 oraz bezimienny jeszcze źrebak, gdyby urodziły się kilka lat wcześniej miałyby szanse na medal. Teraz, gdy ich właściciel nie był w stanie zająć się nawet sobą, pewnie marzyły, chociaż o paszy i wodzie. Konie były zaniedbane - brudne, wychudzone, obie klacze i źrebaki nie były odrobaczone, kowal odwiedzał konie około roku wcześniej, nigdy nie poprawiano im zębów, a zwierzaki żywione były jedynie trawą i sianem. W stajniach było ciasno, odchody stanowiły półmetrową warstwę, na podściółkę służyły im właśnie odchody i odrobina siana. Słomy właściciel nie posiadał wcale, zapasu siana także. W trakcie kontroli właściciel zadeklarował poprawę warunków, ale nigdy z tej deklaracji się nie wywiązał. Prosiliśmy go by sprzedał konie, ale dopłaty unijne były zbyt atrakcyjne by pozbyć się koni. W samym tylko maju 2008r. byliśmy tam 6 razy, właściwie poprawiało się tylko to, co sami zrobiliśmy. Zmieniła się tylko postawa właściciela, z pokornego staruszka, zamienił się w ignoranta i za każdym razem podkreślał, że niepotrzebnie marnujemy pieniądze jeżdżąc do niego, bo i tak nic się nie zmieni. Koni nie odda ani nie sprzeda, nie zmieni też ich warunków.
Zdesperowani złożyliśmy w prokuraturze zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad końmi poprzez ich utrzymywanie w skrajnie niechlujnych warunkach, w zbiegu z wykroczeniami w zakresie zaniedbania koni. Coraz częściej otrzymywaliśmy też sygnały od Straży Miejskiej, że konie stwarzają realne zagrożenie bezpieczeństwa, wychodząc na drogę i tory. Zawiadomiliśmy też ARiMR Zachodniopomorski Oddział Regionalny i Zachodniopomorski Związek Hodowców Koni wraz z wnioskiem o przeprowadzenie kontroli dobrostanu utrzymywanych zwierząt.
W okresie letnim, okoliczni mieszkańcy często informowali nas i Straż Miejską o gehennie koni, stojących wiele dni upiętych w jednym miejscu bez dostępu do wody. Wielu z nich angażowało się w ich pojenie i karmienie. W międzyczasie w lipcu 2008r. ARiMR zawiadomiła nas o braku możliwości przeprowadzenia kontroli w gospodarstwie. We wrześniu 2008r. Policja wszczęła dochodzenie w nawiązaniu do naszego zawiadomienia. Z końcem października zostało umorzone z powodu braku dowodów potwierdzających popełnienie przestępstwa. Zdaniem prokuratury: „niezbyt duży stopień zaniedbań ze strony właściciela., oraz brak obiektywnej możliwości osobistego zajmowania się zwierzętami (brak umyślności) - zachowania i zaniechania w/w nie kwalifikują się do prowadzenia postępowania o czyn z art.35 ust.1 z dnia 21.08.97r. o ochronie zwierząt i w tym więc zakresie, postępowanie należało umorzyć na podstawie art.17 paragr.1 pkt 2 k.p.k. - wobec stwierdzenia, iż czyn ten nie zawiera znamion czynu zabronionego”. Na całe szczęście materiały tej sprawy przekazane zostały do właściwej jednostki Policji celem wszczęcia i przeprowadzenia postępowania wykroczeniowego o czyn z art.37 ust. 1 ustawy z dnia 21.08.1997r. o ochroni zwierząt. W wyniku przeprowadzonego postępowania w lutym 2009r. akta sprawy trafiły do sądu. A sytuacja koni była jeszcze gorsza.
W kwietniu 2009r. rozpoczęliśmy swój udział w sprawie w roli oskarżyciela posiłkowego. Postępowanie toczyło się bez obecności obwinionego. Sędzia przeprowadził czynności w zakresie wizytacji gospodarstwa i przesłuchania obwinionego na miejscu. W Sądzie zeznawało w sprawie kilkunastu świadków: inspektorzy TOZ, strażnicy miejscy, sąsiedzi. Kiedy już zebrano materiał okazało się, że w związku ze stanem zdrowia obwinionego przysługuje mu obrońca z urzędu. W międzyczasie z działań interwencyjnych dosyłaliśmy do Sądu kolejne materiały dowodowe poświadczające dramatycznie pogarszający się stan koni. Podczas wizyt na łąkach z naszym lekarzem weterynarii opatrywaliśmy rany po wrośniętych kantarach. 23 września zapadł wyrok. Mimo nieobecności obwinionego, w obecności jego obrońcy z urzędu, oskarżyciela publicznego i posiłkowego, Sąd uznał Pana B. winnym zarzucanych mu czynów związanych z zaniedbywaniem koni i zasądził grzywnę w wysokości 400 zł, zapłatę kosztów sądowych i to, co najważniejsze postanowił o odebraniu 7 koni właścicielowi i ich przepadku na rzecz Skarbu Państwa z wykonaniem tej części wyroku przez TOZ O/Szczecin. Wyrok został wydany zaocznie. W listopadzie 2009r. z Sądu Rejonowego Szczecin-Prawobrzeże i Zachód otrzymaliśmy zawiadomienie o przyjęciu apelacji z Kancelarii Adwokackiej Adwokata Andrzeja Mataja przysłano nam treść apelacji obrońcy Pana B., z której wynika, że wyrok, z którego wynika odebranie koni właścicielowi jest w ocenie obrońcy karą niewspółmierną do winy.
Gdyby nie apelacja, konie byłyby już szczęśliwe. Czekaliśmy cierpliwie na jej przebieg, bo cierpliwości nam w tej sprawie nie brakuje. Jednak wypadek, do którego doszło na początku grudnia, kiedy pod kołami pociągu zginął jeden koń, pewnie poszukujący wody lub pożywienia, każe nam zapytać, co jeszcze możemy zrobić? Jak długo czekać? Jak pomóc?
Przyznaję popełniliśmy jeden zasadniczy błąd. Kierując się dobrem koni powinniśmy je bezprawnie zabrać a potem odpowiadać przed sądem. A konie nie musiałyby już cierpieć. Tylko, że w taki sposób w końcu by nas zabrakło, bo wszyscy siedzielibyśmy w więzieniu.
Wciąż ufamy w sprawiedliwość, która uczy nas pokory….
Anna Kiepas-Kokot
TOZ O/Szczecin
Zdesperowani złożyliśmy w prokuraturze zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad końmi poprzez ich utrzymywanie w skrajnie niechlujnych warunkach, w zbiegu z wykroczeniami w zakresie zaniedbania koni. Coraz częściej otrzymywaliśmy też sygnały od Straży Miejskiej, że konie stwarzają realne zagrożenie bezpieczeństwa, wychodząc na drogę i tory. Zawiadomiliśmy też ARiMR Zachodniopomorski Oddział Regionalny i Zachodniopomorski Związek Hodowców Koni wraz z wnioskiem o przeprowadzenie kontroli dobrostanu utrzymywanych zwierząt.
W okresie letnim, okoliczni mieszkańcy często informowali nas i Straż Miejską o gehennie koni, stojących wiele dni upiętych w jednym miejscu bez dostępu do wody. Wielu z nich angażowało się w ich pojenie i karmienie. W międzyczasie w lipcu 2008r. ARiMR zawiadomiła nas o braku możliwości przeprowadzenia kontroli w gospodarstwie. We wrześniu 2008r. Policja wszczęła dochodzenie w nawiązaniu do naszego zawiadomienia. Z końcem października zostało umorzone z powodu braku dowodów potwierdzających popełnienie przestępstwa. Zdaniem prokuratury: „niezbyt duży stopień zaniedbań ze strony właściciela., oraz brak obiektywnej możliwości osobistego zajmowania się zwierzętami (brak umyślności) - zachowania i zaniechania w/w nie kwalifikują się do prowadzenia postępowania o czyn z art.35 ust.1 z dnia 21.08.97r. o ochronie zwierząt i w tym więc zakresie, postępowanie należało umorzyć na podstawie art.17 paragr.1 pkt 2 k.p.k. - wobec stwierdzenia, iż czyn ten nie zawiera znamion czynu zabronionego”. Na całe szczęście materiały tej sprawy przekazane zostały do właściwej jednostki Policji celem wszczęcia i przeprowadzenia postępowania wykroczeniowego o czyn z art.37 ust. 1 ustawy z dnia 21.08.1997r. o ochroni zwierząt. W wyniku przeprowadzonego postępowania w lutym 2009r. akta sprawy trafiły do sądu. A sytuacja koni była jeszcze gorsza.
W kwietniu 2009r. rozpoczęliśmy swój udział w sprawie w roli oskarżyciela posiłkowego. Postępowanie toczyło się bez obecności obwinionego. Sędzia przeprowadził czynności w zakresie wizytacji gospodarstwa i przesłuchania obwinionego na miejscu. W Sądzie zeznawało w sprawie kilkunastu świadków: inspektorzy TOZ, strażnicy miejscy, sąsiedzi. Kiedy już zebrano materiał okazało się, że w związku ze stanem zdrowia obwinionego przysługuje mu obrońca z urzędu. W międzyczasie z działań interwencyjnych dosyłaliśmy do Sądu kolejne materiały dowodowe poświadczające dramatycznie pogarszający się stan koni. Podczas wizyt na łąkach z naszym lekarzem weterynarii opatrywaliśmy rany po wrośniętych kantarach. 23 września zapadł wyrok. Mimo nieobecności obwinionego, w obecności jego obrońcy z urzędu, oskarżyciela publicznego i posiłkowego, Sąd uznał Pana B. winnym zarzucanych mu czynów związanych z zaniedbywaniem koni i zasądził grzywnę w wysokości 400 zł, zapłatę kosztów sądowych i to, co najważniejsze postanowił o odebraniu 7 koni właścicielowi i ich przepadku na rzecz Skarbu Państwa z wykonaniem tej części wyroku przez TOZ O/Szczecin. Wyrok został wydany zaocznie. W listopadzie 2009r. z Sądu Rejonowego Szczecin-Prawobrzeże i Zachód otrzymaliśmy zawiadomienie o przyjęciu apelacji z Kancelarii Adwokackiej Adwokata Andrzeja Mataja przysłano nam treść apelacji obrońcy Pana B., z której wynika, że wyrok, z którego wynika odebranie koni właścicielowi jest w ocenie obrońcy karą niewspółmierną do winy.
Gdyby nie apelacja, konie byłyby już szczęśliwe. Czekaliśmy cierpliwie na jej przebieg, bo cierpliwości nam w tej sprawie nie brakuje. Jednak wypadek, do którego doszło na początku grudnia, kiedy pod kołami pociągu zginął jeden koń, pewnie poszukujący wody lub pożywienia, każe nam zapytać, co jeszcze możemy zrobić? Jak długo czekać? Jak pomóc?
Przyznaję popełniliśmy jeden zasadniczy błąd. Kierując się dobrem koni powinniśmy je bezprawnie zabrać a potem odpowiadać przed sądem. A konie nie musiałyby już cierpieć. Tylko, że w taki sposób w końcu by nas zabrakło, bo wszyscy siedzielibyśmy w więzieniu.
Wciąż ufamy w sprawiedliwość, która uczy nas pokory….
Anna Kiepas-Kokot
TOZ O/Szczecin









