Koń policyjny z Chorzowa miał zostać we wtorek wystawiony na przetarg za cenę poniżej wartości mięsa. Komendant śląskiej policji zmienił jednak decyzję. Mars najprawdopodobniej będzie miał zasłużoną emeryturę przy swoim jeźdźcu.
Gniady koń rasy wielkopolskiej pracował w chorzowskim posterunku konnym od początku jego istnienia. Pod koniec zeszłego roku, po dziewięciu latach służby rozchorował się. Skręcała go kolka, prawdopodobnie od wrzodów na żołądku. Przyczyną choroby mógł być stres. Mars nie tylko patrolował park, obstawiał także koncerty i mecze na stadionie śląskim. Można śmiało powiedzieć, że w służbie społeczeństwu poświęcił zdrowie. Należy mu się zasłużona emerytura - to hasło powtarzali opiekun konia sierżant Dariusz Rek, który jeździł na Marsie od początku, Dominik Nawa z Przytuliska dla Koni w Ćwiklicach, które przyjęło już dwa konie z chorzowskiego posterunku, wreszcie nasi Czytelnicy, którzy po artykule wyrażali swoje oburzenie. Bo komendant śląskiej policji postanowił inaczej. Potraktował konia jak zdezelowany samochód. Jego decyzją Mars został wycofany ze służby i wystawiony na przetarg za 1800 zł. Nieudana licytacja w pierwszym terminie już powinna wzbudzić wątpliwości co do dalszych losów zwierzęcia. Jedyny zainteresowany zrezygnował z zakupu, bo cena wydała mu się za wysoka. Podobno stwierdził, że koń jest za chudy. Niemal oczywiste było, kogo może przyciągnąć zejście z połowy ceny. 900 zł nie kosztuje nawet konina. Drugi termin przetargu wyznaczony był na dzisiaj rano.
Sprawa była tym bardziej bulwersująca, że Marsem miał się kto zaopiekować. Rek złożył raport, że chętnie konia weźmie. Możliwość nieodpłatnego przekazania policyjnego konia jego jeźdźcowi istnieje od sierpnia zeszłego roku. Śląski komendant z niej nie skorzystał, bo Rek jeździł na Marsie za krótko i nie ma go gdzie trzymać. Obydwa argumenty okazały się bzdurą. Pierwszy opierał się na rozkazie przydzielenia konia Rekowi z października zeszłego roku, podczas gdy takie rozkazy wydawane są cyklicznie i Rek podpisywał je od 2001 roku. Czy było to zwykłe niedopatrzenie?
Wedle zarządzenia komendanta głównego policji, konia można sprzedać pod warunkiem, że nabywca zapewni mu dalszą opiekę i godne warunki. Andrzej Gąska, rzecznik śląskiej policji mówi, że takie deklaracje składane są przez kupców ustnie. Twierdzi także, że nabywcy są kontrolowani. Tymczasem Adrian Górski, policjant z Mikołowa, nabywca Brylanta, na którym jeździł w posterunku konnym, nie przypomina sobie, by ktoś dociekał, co zamierza ze zwierzęciem począć. Kontrolę miał raz, telefoniczną. Ktoś z komendy wojewódzkiej zapytał, czy z koniem wszystko jest w porządku i tyle.
Z Brylantem nie było w porządku. Ślepł i kulał już wtedy, gdy Górski brał go do siebie. Policjant wygrał przetarg tylko dlatego, że przed rozpoczęciem licytacji opowiedział innym zainteresowanym, jak bardzo przywiązany jest do tego konia. Zapłacił wywoławcze 1800 zł. Wtedy jeszcze nie można było oddać konia policyjnemu jeźdźcowi za darmo. Jeden z kupców pocieszył się koniem, wystawionym na przetarg razem z Brylantem. Zwierzał się Górskiemu, że potrzebuje go do szkółki jeździeckiej, żeby uczył chodzić po wybiegu młode konie. Policjantowi dziwne się jednak wydało, że kupca najbardziej interesowała waga zwierzęcia...
Wczoraj los Marsa znów się odmienił, tym razem na dobre. Śląski komendant odwołał przetarg. Czeka na kolejny raport Reka, uzupełniony opisem przyszłego miejsca zamieszkania konia i deklaracją opieki. Jeśli Rek zostanie odrzucony, Mars trafi do przytuliska w Ćwiklicach. Oba rozwiązania cieszą sierżanta z posterunku konnego. Jego wieloletni, czworonożny współpracownik nie pójdzie na kabanosy.
Sprawa była tym bardziej bulwersująca, że Marsem miał się kto zaopiekować. Rek złożył raport, że chętnie konia weźmie. Możliwość nieodpłatnego przekazania policyjnego konia jego jeźdźcowi istnieje od sierpnia zeszłego roku. Śląski komendant z niej nie skorzystał, bo Rek jeździł na Marsie za krótko i nie ma go gdzie trzymać. Obydwa argumenty okazały się bzdurą. Pierwszy opierał się na rozkazie przydzielenia konia Rekowi z października zeszłego roku, podczas gdy takie rozkazy wydawane są cyklicznie i Rek podpisywał je od 2001 roku. Czy było to zwykłe niedopatrzenie?
Wedle zarządzenia komendanta głównego policji, konia można sprzedać pod warunkiem, że nabywca zapewni mu dalszą opiekę i godne warunki. Andrzej Gąska, rzecznik śląskiej policji mówi, że takie deklaracje składane są przez kupców ustnie. Twierdzi także, że nabywcy są kontrolowani. Tymczasem Adrian Górski, policjant z Mikołowa, nabywca Brylanta, na którym jeździł w posterunku konnym, nie przypomina sobie, by ktoś dociekał, co zamierza ze zwierzęciem począć. Kontrolę miał raz, telefoniczną. Ktoś z komendy wojewódzkiej zapytał, czy z koniem wszystko jest w porządku i tyle.
Z Brylantem nie było w porządku. Ślepł i kulał już wtedy, gdy Górski brał go do siebie. Policjant wygrał przetarg tylko dlatego, że przed rozpoczęciem licytacji opowiedział innym zainteresowanym, jak bardzo przywiązany jest do tego konia. Zapłacił wywoławcze 1800 zł. Wtedy jeszcze nie można było oddać konia policyjnemu jeźdźcowi za darmo. Jeden z kupców pocieszył się koniem, wystawionym na przetarg razem z Brylantem. Zwierzał się Górskiemu, że potrzebuje go do szkółki jeździeckiej, żeby uczył chodzić po wybiegu młode konie. Policjantowi dziwne się jednak wydało, że kupca najbardziej interesowała waga zwierzęcia...
Wczoraj los Marsa znów się odmienił, tym razem na dobre. Śląski komendant odwołał przetarg. Czeka na kolejny raport Reka, uzupełniony opisem przyszłego miejsca zamieszkania konia i deklaracją opieki. Jeśli Rek zostanie odrzucony, Mars trafi do przytuliska w Ćwiklicach. Oba rozwiązania cieszą sierżanta z posterunku konnego. Jego wieloletni, czworonożny współpracownik nie pójdzie na kabanosy.
Źródło: gazeta.pl





