Wybierają te najstarsze, najbardziej chore, które zniosłyby najgorzej transport na rzeź. Za chwilę mogą stracić pastwisko Występy w Skaryszewie to największy w Polsce jarmark koński. Chluba miasta z kilkusetletnią tradycją. Zaczyna się zawsze w pierwszy poniedziałek po środzie popielcowej i trwa trzy dni.
Główna ulica ze straganami prowadzi na plac pod cmentarz, gdzie wystawiane są konie, ponad tysiąc. Spragnione, wyrzucane z samochodów jak worki ziemniaków.
Targowisko nie ma poideł, ramp przeładunkowych ani ogrodzenia. Handlarze i kupcy zjeżdżają z całego kraju i zagranicy, głównie Włosi, schodzą się miejscowi całymi rodzinami, ciekawska dziatwa wdrapuje się na ciężarówki rzeźnicze. Gra muzyka ludowa, impreza nazywana jest świętem koni.
Co roku Komitet Pomocy dla Zwierząt wykupuje na skaryszewskim jarmarku jednego, najwyżej dwa konie - na więcej go nie stać - i umieszcza w swojej Przystani Ocalenie w Ćwiklicach pod Pszczyną.
Przytulisko założyli tyszanie Dominik Nawa, mechanik samochodowy, i Dorota Szczepanek, nauczycielka. Dołączyła do nich Grażyna Wojda-Płochowska, która w Warszawie prowadzi prywatne przedszkole.
Ratując konie, wybierają te najstarsze, najbardziej chore, które zniosłyby najgorzej transport na rzeź. Monę ze złamaną nogą i spasionego Fortka, które wyglądają jak rodzeństwo, wykupili w Bodzentynie w Świętokrzyskiem, gdzie targ koni rzeźnych odbywa się co poniedziałek. Leczenie koni pochłania fortunę. Proteza nogi dla Hawany kosztowała 5 tys. dolarów. Sfinansowała ją Polonia Amerykańska.
Przystań pomaga zwierzętom tylko dzięki sponsorom i odpisom z 1 proc. podatku. Posiada niespełna hektar ziemi. Pastwiska dzierżawi. Stare i schorowane konie, takie jak Myszka, Viktor, Brando, pasą się osobno, inaczej te zdrowe by je zadeptały. Mają 40 arów, które gospodarz postanowił sprzedać za 33 tys. zł. Przystań ma prawo pierwokupu, zaliczkowała już jedną trzecią kwoty. Na zebranie pozostałych pieniędzy zostało jej pięć tygodni.
Targowisko nie ma poideł, ramp przeładunkowych ani ogrodzenia. Handlarze i kupcy zjeżdżają z całego kraju i zagranicy, głównie Włosi, schodzą się miejscowi całymi rodzinami, ciekawska dziatwa wdrapuje się na ciężarówki rzeźnicze. Gra muzyka ludowa, impreza nazywana jest świętem koni.
Przytulisko założyli tyszanie Dominik Nawa, mechanik samochodowy, i Dorota Szczepanek, nauczycielka. Dołączyła do nich Grażyna Wojda-Płochowska, która w Warszawie prowadzi prywatne przedszkole.
Ratując konie, wybierają te najstarsze, najbardziej chore, które zniosłyby najgorzej transport na rzeź. Monę ze złamaną nogą i spasionego Fortka, które wyglądają jak rodzeństwo, wykupili w Bodzentynie w Świętokrzyskiem, gdzie targ koni rzeźnych odbywa się co poniedziałek. Leczenie koni pochłania fortunę. Proteza nogi dla Hawany kosztowała 5 tys. dolarów. Sfinansowała ją Polonia Amerykańska.
Przystań pomaga zwierzętom tylko dzięki sponsorom i odpisom z 1 proc. podatku. Posiada niespełna hektar ziemi. Pastwiska dzierżawi. Stare i schorowane konie, takie jak Myszka, Viktor, Brando, pasą się osobno, inaczej te zdrowe by je zadeptały. Mają 40 arów, które gospodarz postanowił sprzedać za 33 tys. zł. Przystań ma prawo pierwokupu, zaliczkowała już jedną trzecią kwoty. Na zebranie pozostałych pieniędzy zostało jej pięć tygodni.
Viktor był już w stajni przedubojowej. Jest narowisty, tylko Dominik nie boi się do niego podejść. Potrafi ugryźć, pogonić. Prawdopodobnie był bity i całe życie spędził w jednym pomieszczeniu. Długo oswajał się z pastwiskiem.
Brando został ocalony po słynnej akcji w Słońsku z sylwestra 2003 roku. Rozlewiska rzeki Warty uwięziły na wysepce 50 koni. Przez cztery dni pontonami i amfibiami zwoziło je wojsko. Rolnicy wypasali je w niedozwolonym miejscu. Musieli więc zapłacić za akcję. By zdobyć pieniądze, sprzedali uratowane zwierzęta na rzeź. Przystań zdołała wykupić tylko Brando i jego matkę Figę, która się oźrebiła. Brando cierpi na nieuleczalny nowotwór kopyt.
Ludzie z Ćwiklic patrzą na przytulisko z rezerwą. Na wsi zwierzęta służą do pracy, a w Przystani Ocalenie mieszkają nie tylko konie i nie służą niczemu. Mieszkają tu Boruta, słynna z tego, że uciekła z rzeźni oraz dziewięć innych krów. Nie dają mleka, nie cielą się, mają oborę z wentylacją, do której wchodzą, kiedy chcą. Mieszka tu Jurek, baran kastrowany, z owcą Marcysią i jej córką Malwiną, samotne capy, pies Karo bez przedniej łapy, pies Łapa bez tylnej łapy, szylkretowa kotka o imieniu Instytutka po matce z instytutu badań zootechnicznych... Mieszkała tu Haidi, która stroniła od knurów i pokazała światu, że świnia może żyć 15 lat. Zwykle dożywają do 120 kilo wagi.
Możesz pomóc w zakupie pastwiska w Ćwiklicach dla starych, chorych koni. Informacje, jak to zrobić znajdziesz w internecie na www.przystanocalenie.pl.
Brando został ocalony po słynnej akcji w Słońsku z sylwestra 2003 roku. Rozlewiska rzeki Warty uwięziły na wysepce 50 koni. Przez cztery dni pontonami i amfibiami zwoziło je wojsko. Rolnicy wypasali je w niedozwolonym miejscu. Musieli więc zapłacić za akcję. By zdobyć pieniądze, sprzedali uratowane zwierzęta na rzeź. Przystań zdołała wykupić tylko Brando i jego matkę Figę, która się oźrebiła. Brando cierpi na nieuleczalny nowotwór kopyt.
Ludzie z Ćwiklic patrzą na przytulisko z rezerwą. Na wsi zwierzęta służą do pracy, a w Przystani Ocalenie mieszkają nie tylko konie i nie służą niczemu. Mieszkają tu Boruta, słynna z tego, że uciekła z rzeźni oraz dziewięć innych krów. Nie dają mleka, nie cielą się, mają oborę z wentylacją, do której wchodzą, kiedy chcą. Mieszka tu Jurek, baran kastrowany, z owcą Marcysią i jej córką Malwiną, samotne capy, pies Karo bez przedniej łapy, pies Łapa bez tylnej łapy, szylkretowa kotka o imieniu Instytutka po matce z instytutu badań zootechnicznych... Mieszkała tu Haidi, która stroniła od knurów i pokazała światu, że świnia może żyć 15 lat. Zwykle dożywają do 120 kilo wagi.
Możesz pomóc w zakupie pastwiska w Ćwiklicach dla starych, chorych koni. Informacje, jak to zrobić znajdziesz w internecie na www.przystanocalenie.pl.
Źródło: katowice.gazeta.pl
Fot. Dawid Chalimoniuk/Agencja Gazeta






Komentarze